Kwiat Paproci Cz II

paprotka

„A gdzie żeś ty bywał czarny baranie” ze śmiechem przywitała go wracająca od obrządku żona. Puścił to mimo uszu, ale gdy holujący go wcześniej znajomy odjechał zabrał się za wyjaśnianie. Nie zapytasz nawet co się stało?

A to przecież widać że samochód naprawiałeś, idź tylko i przejrzyj się w lustrze, usłyszał.

Widok zaskoczył go; ręce i twarz miał czarne, jakby wysmarowane sadzami. Doskonale wiedział skąd się to wzięło. Ale nie wiedział czy opowiadać o tym co go spotkało, czy milczeć? Bo może nie uwierzą, może wyśmieją go?. No…, a jeśli zażądają bogactw? Lepiej siedzieć cicho i cieszyć przywiezionym zarobkiem pomyślał… I tak minęła mu sobota (wolna!).

Jednak w niedziele wcześnie rano w domu zapanowało niezwykłe ożywienie, tzn najpierw ożywione były żona i teściowa, bo on i dzieci spały w najlepsze. Ale on już niedługo.

Józek (!) wstawaj musimy porozmawiać! Głos żony nie znosił sprzeciwu a doświadczenie mówiło o bezsensie stawiania oporu. Powstał nie skrywając niechęci.

Józuś słuchaj (te czułości postawiły go w stan najwyższej czujności!), mama słuchała rano radia i powiedzieli że w Totku pękła wielka kumulacja.

Jak wielka i pękła to jej przecież nie zamuruje – próbował odciąć się dowcipem za przedwczesną pobudkę.

Nie wymądrzaj się, usłyszał. Pękła na pół, a jedno trafienie poszło z Bychawy.

Powiedz Jadziu, a duża to kumulacja była? Zapytał z ciekawości.

Ponad 20 mln.

No to trzeba sprawdzić, przecież puszczaliśmy ostatnio – zawyrokował. Obudź chłopaka, niech włączy internet.

Nieee(!!!), krzyknęła niemal równocześnie żona i teściowa. Nieee! Bo jakby co, to dziecko tajemnicy nie utrzyma, argumentowały. Szybko odpalił więc kompa z nadzieją, na drzemkę. Odnalazł wylosowane wczoraj liczby. Żona z teściową dzierżyły kupon.

Pięć. Jest, odpowiedziała cichutko Jadwiga.

Trzynaście. Jest.

Osiemnaście. Też jest.

No to z 10 zł my wygrali, podsumował.

Dwadzieścia pięć? Też… jest.

Powiedz jeszcze, że 40? No też… jest!

I 48? No też!

  1. To sześć trafień daje. To 10 mln są nasze…

Niesamowite, a więc to prawda z tym kwiatem, ale lepiej będzie dalej milczeć, bo jeszcze co roku by mnie wysyłały, pomyślał.

Jadźka, w kredensie są krople na serce, przynieś prędko, poprosiła teściowa.

Co my sobie kupimy za takie pieniądze, jak to się nasz los odmieni zachodziły w głowę kobiety…

I jedna przez drugą licytowały się, w co zainwestują, co przebudują, co kupią, itp.

To wyprowadzały się do wielkiego miasta, to widziały siebie w jakiejś cichej podmiejskiej dzielnicy, to zostawały na wsi…

To co działo się potem trudno opisać.

Teściowa nie poszła do kościoła (w niedzielę!!!), bo skarbu, tzn kuponu trzeba jej było pilnować, a Jadźka wyszła w połowie Mszy by matkę wesprzeć.

W ciągu dnia z dziesięć razy przekładały kupon z miejsca na miejsce.

Zgubicie go w końcu, albo tak skutecznie schowacie, że nikt go nie znajdzie – martwił się.

Nic nie pomagało. Trans jakiś dziwny opanował jego kobiety…

Wieczorem posadził obydwie przed komputerem i włączył film.

Skupić się na akcji filmu było kobietom bardzo trudno, ale pilnował żeby żadna do innych zajęć nie uciekła.

 

 

A gdy dotrwali do końca spytał wprost: a chcecie tak skończyć? Chcecie? Nic złego nie zrobiłem żebym miał ze wsi uciekać, tu jest moje miejsce. Ale pamiętajcie, że jak zaczniemy bogactwem ludziom po oczach świecić to nas lubić przestaną. I jeszcze gorsze rzeczy niż Gajosowi mogą się nam przytrafić. I ze szczęścia nieszczęście się zrobi!

To powiedz Józuś co robić?

No… może bardziej niż Gajos w wieś zainwestować… Ale anonimowo, nie przyznawać się to i spokój może będziemy mieli. Bo „czego ludzie nie wiedzą, tego im nie żal”. Zawyrokował.

Aj Józuś, czego nie wiedzą to się domyślą, a to było o tym, że „czego oczy nie widzą tego….”

Cicho! Przed wojną żył z Zaraszowie taki Płaszczewski i on chciał budować w Zaraszowie piekarnie…

Ale w Starej Wsi już wybudowali i Kowalski w Bychawie piecze – przypomniała Jadźka.

Tylko taki przykład daje. I zdaje się łaźnie chciał budować…

Eee, teraz łazienkę każdy ma, no chyba że Aquapark, ale w Bychawie… – dorzuciła teściowa.

I świetlica by się przydała i remiza… kontynuował nie zważając na komentarze.

No to czego ten Płaszczewski nic nie pobudował, skoro taki chętny był?

Oj Jadźka, wojna wybuchła, materiał zgromadzony się rozlazł gdzieś i nie ma….

A teraz wojny nie ma a Mleczarnia z Bychawy nas z budynkiem zlewni wykiwała. Niby nie wiedzieli, że to za wiejskie pieniądze było budowane, zamiast remizy.

Tak to możemy sobie gadać. Do śmierci i jeszcze trzy godziny dłużej, bo podobno tyle jeszcze świadomość pozostaje. Zdenerwował się.

No to jak dzielimy? Pytała Jadźka. Po milionie na głowę i pięć na wieś?

A może nam po pół wystarczy, nie ma co bogactwem się popisywać, zaproponował.

A może wszystko oddaj i będzie spokój, wtrąciła się teściowa.

A może…

Wpłacamy na Stowarzyszenie, czy zakładamy Fundacje?

Może Fundacja….

A może Stowarzyszenie, przecież już jest…

A może….

 

i tak radzą…

a termin oddania opowiadania upływa wcześniej niż termin odbioru wygranej, więc pozostaje nam cierpliwie czekać. (Aż zobaczymy… Może…)

© Zaraszychora

ps.

Chcę zachować anonimowość, więc w przypadku przyznania nagrody rezygnuję z niej.


Jerzy Jelcow

Promuję otaczający świat

1 komentarz

Bożena · 23 maja 2013 o 13:57

Trudno w dzisiejszych czasach o takiego „Józia”, ale fajnie jest myśleć , że gdzieś tam jest . Gdzie? No własnie w Zaraszowie, dlaczego by nie?
Opowiadanie super, bardzo fajnie się czyta. No i chciał nie chciał morał z tego tez wypływa. Propnuję autorowi napisanie wiekszego dzieła np, powieści, Ja bardzo chętnie bym przeczytała. Gratuluję ” świetnego pióra”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *