Ewakuacja lotniska w Zaraszowie i okres powojenny.

Edward Styżej
Witajcie moi drodzy. Dziś opowieść z kolejnego okresu historii mojej, mojej rodziny i Zaraszowa.

Ewakuacja sprzętu wojennego. Likwidacja magazynu bomb lotniczych. Przemieszczenie samolotów na tymczasowe lotnisko trawiaste za Wisłą – w okolicy Lasocina, Województwo Kieleckie. Ewakuacja lotniska polowego przyfrontowego około połowy stycznia 1945 r. z Kolonii Zaraszów nastąpiło szybko i sprawnie. Porzucono na pastwę losu wyposażenie pasa startowego. Szczególnie kraty kratownice amerykańskie, połączone ze sobą na przesuwne zamki tworzące duże pole startowe o długości około jednego kilometra i szerokości około 500 metrów. Rosjanie spiesząc się nie rozebrali tego pasa startowego opuszczając to lotnisko.

Nie było już wojska na lotnisku i kto żyw i najbliżej zamieszkiwał, na Kolonii Zaraszowskiej, Holwegówce i Zaraszowie przystąpił do demontażu. Kratownice było bardzo łatwo rozłączyć jedną od drugiej leżących na ziemi pociągając do tyłu tylko około 25 cm. i krata wysunięta z trzech zamków była już gotowa do załadunku na wóz żeleźniak. Początkowo zabierali te kraty nieliczni ale jak się dowiedzieli ludzie pocztą pantoflową to szaber odbywał się już masowo. Kraty powędrowały do wiejskich zagród, chlewni, obór. Zastąpiły drewniane płoty. Służyły jako zbrojenie stropów w budynkach mieszkalnych i gospodarczych.

 

Zdjęcia Zagajnik doły po ziemiankach.
BOMBY Z MAGAZYNU W LESIE ZAGAJNIKA.

Była już wiosna 1945 r. jak z lotniska ładowano na furmanki bomby i przewożono na Stację Kolejową w Niedrzwicy Dużej. Dwie furmanki z bombami i woźnicami Styżej Henryk i Styżej Stefan przenosili bomby – 50 kg. i 100 kg. na dwie inne furmanki. Podwody stały pod domem mojego taty Bronisława Styżeja w Bychawie. I jak pamiętam bomby te były nieuzbrojone – miały wykręcone czuby zapalników. Bo jak je przewieziono przez bardzo wyboistą drogę, np. w Kobylim Dole to cud, doły wyboje nie do wyobrażenia.

Kobyli Dół.

Przez wiele lat a bardzo często z tatą jeździłem podawać snopki zboża. Tata mój miał na Holwegówce jedną morgę ziemi. Ładowaliśmy na wóz – drabiniasty – żeleźniak i jedyną drogą do Bychawy z Zaraszowa to prowadziła przez Kobyli Dół. Można było też z dużymi trudnościami jechać przez Marysin, ale nie było prostej drogi. Ta, miała objazdy raz przy lesie Dulniaka, drugi dalej na wprost Kobylego Dołu. Jadąc z tatą z tym zbożem kilka razy wóz z nami i snopkami lądował na ziemi z niebezpieczeństwem przebicia nas widłami. A widły musieliśmy ze sobą wozić bo po wywrotce wozu trzeba było z powrotem podawać snopki żyta czy pszenicy. A bomby dojechały.

Kilka lat później.

Po tragedii w Alei Kasztanowej w pierwszy dzień Zielonych Świąt. Gdzie ormowiec Siwek z Urszulina rzucił granat pod bufet i zrobił masakrę. Było wielu rannych – tańczących na podłodze i przy bufecie. Mój Dziadek Andrzej Styżej – Prezes Ochotniczej Straży Pożarnej w wyniku wybuchu granatu – odłamki ciężko raniły w brzuch – co było powodem śmierci następnego dnia w Szpitalu w Bychawie.

Stryjek.

Mojego stryjka Styżeja Edwarda z kilkudziesięcioma ranami nogi odwieziono do Szpitala w Lublinie. Gdzie na skutek wdającej się gangreny amputowano mu nogę powyżej kolana. I przez wiele lat ze skórzaną protezą i laską jeździł do Warszawy. Zatrzymywał się u kolegi i kuzyna Płaszczewskiego. By szukać sprawiedliwości ludowej był wielu instytucjach – Straży Pożarnej, Ministerstwach i Sądach. Pamiętam to jak dziś.

Walczył błagał prosił procesował się około 12 lat, bezskutecznie. Bo wtedy strażakom nic się nie należało – a ORMO i UB. Grasowało to wszędzie i wszechmocnie w prawie – bezkarnie. Bo ormowiec z Urszulina długo nie siedział w więzieniu za zbrodniczy wyczyn. Już po paru latach pojawił się. W Zaraszowie był goniony przez chłopów z kłonicami. Mieszkańców Zaraszowa – lżej rannych zostało około 14 osób.
Dlaczego piszę o tej tragedii jaka się wydarzyła około 17. 05. 1948 r. A miałem pisać o ewakuacji lotniska przyfrontowego. Musiałem to napisać bo – ten relikt historii – krata, została wmurowana w stropie ceglanego grobu mojego Kochanego Dziadka zamiast zbrojenia.
Mieszkał razem z oficerami pilotami i spoczął na zawsze myślami z wznoszącymi się ku niebu po tej kracie pilotami.

Zdjęcie jedyne z pogrzebu Dziadka Andrzeja Styżeja, z Maja 1948 r.

Od lewej 1- Mój tata Bronisław Styżej 2. Ryszard Styżej 3. Henryk Styżej 4. Katarzyna Styżej moja Babcia żona tragicznie zmarłego Dziadka Andrzeja Styżeja 5. Maria Słowikowska z Bychawy córka zmarłego i moja ciocia 6. Emilia Styżej – Kwiatkowska. 7. u góry Zdunek Józef z wąsami 8. Słowikowski Józef z Bychawy 9. Hentzel Franciszek – z Bychawy – Czech wykonywał prace Cmentarza I Wojny Światowej na tzw. Białej Górze w Bychawie obok pola mojego Ojca Bronisława Styżeja. 10. Kazimiera Styżej – moja Mama widoczna tylko głowa obok dziecka. 11. z dzieckiem na ręku Styżej Janina – Zdunkówna z córką Henią Styżej – Kusą. 12. Styżej Janina z Prusiów – żona Edwarda Styżeja

– nie mógł być na pogrzebie swojego ojca leżał ciężko ranny w Lublinie w Szpitalu – mojego stryjka z dzieckiem na ręku Andzią Styżej – Pietrzak. 13. Bardzo mocno przygnębiony z głęboką łysiną Stefan Styżej syn zmarłego Andrzeja Styżeja. Piszącego te słowa Edwarda Styżeja brak na zdjęciu z powodu choroby – wstrząsu którego doznałem na widok posiekanego przez odłamki granatu garnituru zbroczonego i przesiąkniętego krwią, który to stryjenka Edkowa przywiozła do nas do domu w Bychawie. Garnitur niebieskiego koloru w białe szerokie paski szyty z angielskiej wełny. Tragedia, w Alei Kasztanowej, która najboleśniej dotknęła naszą tak liczną rodzinę zakończyła waśnie – Kłótnie i próbę utopienia dziadka w studni dworskiej.

Józef Zdunek.

Groźny kiedyś Józef Zdunek – zdun przybył na pogrzeb dziadka Andrzeja Styżeja – obaj dziedzice Panowie na ciężko zapracowanych włościach Józefa 30 morgach i Andrzeja 40 morgach majątki podworskie prysnęły i uleciały jak bańka mydlana do nieba. I stawili się w jednym szeregu u Pana, który jest na niebie sprawiedliwy, wszechmocny i zawsze miłosierny dla tych , którzy się do niego uciekają.

Kategorie: Lokalne

1 komentarz

Krzysztof · 23 października 2017 o 22:08

Dziękuję za dalszy ciąg pięknych i pouczających wspomnień.
Dopisze swoje (z perspektywy dziecka i lat siedemdziesiątych) do wspominanych postaci.

Z dzieciństwa pamiętam Józefa Zdunka, zwanego wtedy Starym Zdunem. Pamiętam go jak starszego już, ale dobrze zbudowanego i wysokiego mężczyznę (ja wtedy byłem mały, więc wielu ludzi mogło się wydawać mi wysokimi). Był starszy od mojego dziadka Franciszka Kuśmirka, też żołnierza Armii Carskiej i często przychodził do dziadka porozmawiać.

Z archiwum Szkoły Podstawowej w Zaraszowie:
Zdunek Józef (1881-1977)
Urodził się w Chordziszce 12 marca. Wychowywał się przy rodzicach do 22 lat.
Potem poszedł do wojska (w wojsku służył 7 lat).
Gdy przyszedł z wojska to służył u młynarza jako parobek Głogoslnej.
W dalszym ciągu w lesie jako belcarz, pracował do 1910 r. W 1908 r. ożenił się. Potem wyjechał do Ameryki, tam pracował 1 rok w fabryce prochowni , po roku powrócił do Polski. Po 8-miesiącach wyjechał ponownie do Ameryki gdzie pracował 7 lat w tej samej fabryce. Po 7- latach, w 1919 r., wrócił do kraju. Zamieszkał we wsi Antoniówka i rok tam mieszkał ..
Potem kupił gospodarstwo (dawny dworek K. Koźmiana) od nabywcy Pana Lewczyńskiego w Zaraszowie .
Tu zamieszkał i pracował na tej gospodarce , do końca swojego życia.
Zmarł w Zaraszowie 10 marca. (Notatkę sporządziła Barbara Zdunek)

Służąc w Armii Carskiej był uczestnikiem Wojny rosyjsko – japońskiej (1904/1905) . Z jego wspomnień pamiętam tylko jedne, o wielkiej bitwie w jakimś porcie, gdzie „zdrada była, bo wpuścili przeciwników do portu. A potem to trupy na stosach leżały jak kopce kartofli”.
Nie jestem pewny ale wydaje mi się, że nazywał przeciwników „Kitajcami”.
Nie widziałem, ale „we wsi mówili”, że Stary Zdun do obiadu wypija setkę wódki (albo spirytusu, zależy kto mówił). Jeśli rzeczywiście miał taki zwyczaj, to mógł go nabyć służąc w armii. Tam żołnierzom dawali porcje alkoholu.
I jeszcze.. w latach siedemdziesiątych nie było kaplicy w Zaraszowie, nie było samochodów więc do kościoła jeździło się autobusem. Pamiętam, kilka razy autobus się nie zatrzymał w Zaraszowie (był pełny); wszyscy byli zawiedzeni, ale my dzieciaki, już chcieliśmy ruszać na boisko pograć w piłkę, i wtedy Stary Zdun nie oglądając się na nikogo, pierwszy ruszał na piechotę do kościoła. Wstyd się nam zrobiło, a innych chyba też, po wszyscy wtedy poszli na piechotę na Mszę św. Mocna to była lekcja Starego Zduna! Do dziś pamiętam.

http://zaraszow.pl/Thread-NASI-DZIADKOWIE-I-BABCIE

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *