Czas walki

Czesław Baran - czas walkiPożegnałem osadę Bychawa 15.08.1939.
Poczułem miłość braterską i z ciepłem serca i uczuć ucałowaliśmy się z bratem. Pożegnałem także wszystkich drogich memu sercu, a spoczywających na rodzinnych cmentarzach, tj. ojca Michała, Dziadków, Sióstr, i wszystkich Najbliższych oraz sąsiadów i dobrze mi bliskich i znajomych.
Pożegnałem myślą koleżeństwo z organizacji gospodarczych, jak Kółko Rolnicze i Gospodyń.
Wszystkich z koleżeństwa z Organizacji Młodzieży oraz Ochotniczej Straży Pożarnej.
Około godziny 16 odjazd do Lublina ,a z Lublina do Kowla do 50p.p. Strzelców Kresowych, do którego zgłosiłem się w dniu następnym.
17.08.1939. wyjechaliśmy specjalnym pociągiem do Inowrocławia.

Zakwaterowaliśmy się w cukrowni „Tuczno.” Tu przebywaliśmy parę dni. 22.08.1939. zatrzymałem się przy kościele. Na placu wokół kościoła były ławki. Na jednej z nich siedział mężczyzna w wieku około 85 lat. Włosy miał wprost białe. Po nawiązaniu z nim rozmowy, zapytałem go jak wyobraża sobie bieg życia. Odpowiedział, że nie wie kiedy się postarzał i to tak wygląda: „jakbym jednymi drzwiami wszedł, a drugimi miał wyjść. Ale po sześćdziesięciu latach to idzie się nogami w tył i nie wiemy kiedy przestąpimy próg i już jesteśmy po drugiej stronie życia duchownego.”
Na tym terenie było już widoczne zbliżenie do wojny. Były już różne napady na ludność cywilną, a nawet na funkcjonariuszy policji itp.
Spod Tuczna byliśmy podwiezieni w pobliżu granicy-Chojnice.
Było jakieś manewrowanie wojskiem, gdyż znalazłem się tuż przy czynnej służbie. Będąc jeszcze koło pociągu, zauważyłem swojego kuzyna Kuśnierza Jana, akurat zięcia Dulbasów, siostry Katarzyny i szwagra Andrzeja. Na ten czas jakiś podoficer zapytał mnie, kto jest chętny zastąpić chorego drużyny łączności nazwisku pamiętnym Bieniek. Miał cały policzek lewej strony twarzy jakby pozbawiony skóry. Na ten apel ja się zgłosiłem na miejsce chorego i na skutek tego byłem włączony już do wojskowej czynnej służby.
Kuśnierz na to:
– „Wujku, nie chodź!”
Ale rzekło się słowo i nie było powrotu.

Byłem ubrany odświętnie.

I tak trwała pewna koncentracja wojsk zwanych Interwencyjne pod dowództwem generała Barnowskiego.
Dnia 1.09., dzień tygodnia piątek, godzina między 4 a 5tą rano lotnictwo nieprzyjaciela napadło dywanowymi nalotami, bombardując zgrupowanie naszych wojsk. Po huraganowym nalocie uderzyły czołgi i artyleria nieprzyjaciela.
Z tego względu nie było mowy, aby zatrzymać linię frontu.
Nieprzyjaciel, jak wynikało, posuwał się po linii Osi Poznań- Prusy i w ten sposób odciął całą armię od zaplecza wojsk, które znalazło się otoczone przez wrogie wojska niemieckie.

Pomimo to duch w żołnierzach trwał i był stawiany opór na wielu odcinkach. Przypominam sobie, że byliśmy w jakimś lesie dnia 3.09.1939, w którym już pierścień otoczenia przez wroga zaczął być dość widoczny.
Po dokonanym nalocie na tabory wojskowe, w których było też sześć wozów, tak zwanych cywilnych uciekinierów, były wystawione działa naszych polówek po 2 do tyłu i z przodu oraz z prawa i z lewa.

Na przedpolu,

od strony Świecia były nasze różne wojska i specjalne, jak saperzy i inni. I na nasze wojska, znajdujące się na otwartym, równym polu pojawiły się w liczbie ok. 20, 30 czołgów, które nacierały w kierunku lasu, w którym i ja byłem ze sprzętem i ludźmi.
Po nalocie wyszłem na skraj lasu i zauważyłem jak nasi żołnierze wycofywali się z linii i uciekali do lasu, gdyż ujętych naszych niewolników (składających się głównie z saperów), wystawili na groble i wszystkich rozstrzelali.

W odległości gdzieś ok. 50-80 m. zauważyłem podchorążego rannego w rękę, który nawoływał by nie uciekali ci, którzy są w lesie.:
„ – Wszyscy wystąpmy na pola bitwy. Lepiej zginąć na polu bitwy, bo w lesie wyciągną nas jak myszy.”
Ja byłem w łączności ,a więc nie przy samej linii. Na przedzie byli z Plutonu Pionierów, co na wodzie dawali przejście i tak dalej…
Nie miałem nawet karabinu, tylko swój przedwojenny biletowy rewolwer, „dziewiątkę”. W wojsku dostałem tylko tabułę do niego.
Wziąłem od któregoś z kolegów karabin i powiedziałem zdjąwszy hełm:
– „Za Wiarę, Ojczyznę huraaaaa. Skokami naprzód na zbliżające się czołgi, kto za mną, huraaaaaaa!”
Ja idę i dalej wołam:
– „Huraaaaa! Skokami naprzód. Panie podchorąży lewe skrzydło ponad rzekę do wsi, a ja prawe, ponad szosą, też koło ognia.”
Nikt nie chciał iść na te czołgi, a te idą i biją. I tak skokami
– „Hura, ognia”
Nie wiem skąd wzięła się dość pokaźna liczba żołnierzy.
Gdy byliśmy około 300m. od lasu, z dwóch naszych dział był otwarty ogień.
W kierunku nieprzyjaciela, akurat na tej wysokości byłem ja z kolegami żołnierzami. W pewnej chwili między mną a kolegą z Malewicz spod Lwowa był jakiś żołnierz, którego zabił pocisk z naszej artylerii polówki. Nie wiem gdzie się człowiek podział. Czy go wbiło w ziemię, czy poszedł na jakąś planetę.
Kolega woła: – „Ranny?”
Odpowiadam: – „Chyba nie, bo nie czuję bólu ani nie widzę krwi.
– „ Podać po linii, wydłużyć ogień o 200 m.b. i my pod ogniem do przodu, na żelazo.” -krzyknąłem.
Za chwilę nastąpił ogień z naszej broni w kierunku czołgów. Jesteśmy już prawie wmieszani pomiędzy czołgami.
Nieopodal ode mnie, widziałem jak jakiś żołnierz rzucił się pod czołg z wiązką granatów. W czasie tym zginął. Cześć jego pamięci.
Nasza artyleria skierowała wciąż ogień na nieprzyjaciela.
Szpały kolejowe wprost fruwały w powietrze.

I odpędziliśmy wroga na 14 km.

A że nie było ich czym z powietrza przepędzić, to zajęli nowe stanowisko przed Świeciem. Widzieć można było z daleka, że na skraju pewnej wioski, z lewego skrzydła podchorążego jest wywieszanych wiele białych flag.
Przypadło mi przejść przez rzekę, mając na uwadze, że gdzie rzeka szeroka, to jest płytka woda. Zawiodłem się. Zanurzyłem nogę do wody i wpadłem po szyję. A tuż przy mnie, w wodzie były zapory przeciwczołgowe. Wyszłem z wody, wylałem ją tez z butów i udałem się bliżej szosy, na której spotkałem dowódcę 50 p.p. Strzelców Kresowych- pułkownika pod nazwiskiem Wiatr.
Zanim doszłem do niego, zauważyłem przy szosie, od strony nieprzyjaciela, na motorze zbliżało się paru żołnierzy z wystawioną flagą. Parlamentariusze niemieccy.
Pułkownik zarządził wstrzymanie ognia. Gdy się zbliżyli do pułkownika, zaczęli rozmawiać po niemiecku, a następnie po polsku. Aż mi się ciepło zrobiło.
– „Poddajcie się pułkowniku, szkoda ofiar po obu stronach.”
Pułkownik powiedział, że nie prawa poprzestać działania. Należy zwrócić się do głównodowodzącego Sił Zbrojnych- Rydza Śmigłego.
Wyciągnęli nas wprost z lasu, aby zorientować się jakie siły mają przed sobą z łącznym uzbrojeniem.
Wparcia żadnego nie otrzymaliśmy. Byliśmy wprost wystawieni jak ofiara przed stojącym nad nią katem. I tu już było przesądzone, że nie mamy żadnej możliwości działań.

Już „dalej, naprzód, na wroga, huraaa” skończyło się. Około godziny 19 było nas jeszcze w liczbie może 100 żołnierzy.
Zebraliśmy się na szosie, z osłoną jednej strony, którą stanowiła obora dworska. Nagle, nie wiadomo skąd: otwarty ogień z broni maszynowej. Niedaleko od nas były dwie sterty zboża, a niedaleko kościół.
Ktoś z oficerów powiedział:
-„Musimy te ognisko zlikwidować”.
Na przedpolu, w kierunku nieprzyjaciela były ustawione dwie sztuki działek oraz dwa działa polówki, do których nie było już pocisków.
Dojeżdżając do nas, parlamentariusze ustalili sobie dokładną odległość. Po odjeździe parlamentariuszy pułkownik zarządził parcie naprzód, na nieprzyjaciela. Gdyśmy tylko otworzyli ogień, szczególnie z działek, wróg wystąpił z oporem na nasze natarcie i rozbił nam działko wraz z jej obsługą.
W czasie, gdy szliśmy do przodu, na skraju wsi, przy krzyżu ludzie śpiewali Suplikację „Święty Boże Święty Mocny”.
Tam gdzieś przy drodze zabita kobieta, a przy niej może dwuletnie dziecię szuka piersi do ssania.
Rozkaz likwidacji dwóch punktów ogniowych:
Ja lewe skrzydło…….. nacieram na stertę. Są już i ranni, ale naprzód! Ogień ciągły, słyszę głos oficera:
– „Lewe skrzydło wstrzymać się! Pozorować ogień! Prawe wycofać się do i zajść z drugiej strony.”
Wzięto do niewoli dziewięciu żołnierzy: ze stert 4ech, z wieży Kościelnej 5ciu plus czołgów osiem minimum zlikwidowano.
Tak, że w pobliżu Świecia zostaliśmy ujęci do niewoli.

Jeszcze przez parę dni były małe uniki, aby się gdzieś przebić i wyrwać z tego pierścienia, ale to nie było już żadnych szans. Zostaliśmy na stanowiskach w pobliżu jakiegoś dworu, otoczeni przez zmotoryzowane wojsko niemieckie. Zaskoczeni i otoczeni przerażająca ilością nieprzyjaciela.
Podchodzili do nas z wezwaniem „ręce do góry”, broń zabierali oraz wszystkie kieszenie przejrzane i wywrócone.
Następnie formowano po 3 i ustawiono w szereg tak do jakiś stert. Tam już było dużo żołnierzy razem.
Pod wieczór zebrano nas w jakimś majątku rolnym, na dziedzińcu, który był oświetlony reflektorami motocykli i polecono, aby każdy położył się twarzą do ziemi i nie podnosić się, bo będą strzelać.

Następnego dnia,

w godzinach przedpołudniowych eskortowano duże ilości wojska oraz cywilów: mężczyzn oraz pracowników policji, straży pożarnej, poczty, itp…
Tak nas prowadzono do Chojnic. – W szeregu, po trzech, a po obu stronach niemiec, z bagnetem na odległość 1 km.

 

Następnie byliśmy wprowadzeni do koszar wojskowych…… idąc drogą byli bardzo pragnący wody, choćby z tak zwanego kanału przydrożnego . A kto wychylił się z tej trójki, został zabity.
Po przejściu dawnego pasa granicznego, wojskowych odłączyli. Na skraju pewnej wioski wyszedł w dość podeszłym wieku mężczyzna i mówi tak (a pamiętne są mi te słowa):
„ -Głowy poucinać, brzuchy poprzecinać. Polacy wojnę wywołali.”
Tę sprawę pozostawiam pod rozwagę czytelnika.
Pewnego dnia, zanim nas przeprowadzono na teren niemiecki, byliśmy też przez pierwsze 2 dni w stodole tak zwanym zapolu, gdzie nam podawano w kanach wodę. Byliśmy zmuszeni (przechodząc pod spodem klepiska do drugiego zapola) łuskać kłosy żyta, czy to pszenicy. W następstwie dawali nam jeden chleb polski (wojskowy) na ośmiu mężczyzn. Spod Świecia byliśmy konwojowani do koszar niemieckich Szlochau Stalag 2B Hammerstein. W Stalagu zostały spisane personalia każdego niewolnika z jednoczesnym nadaniem numeru niewolniczego. Ja miałem 4166. Następnie przeprowadzono szczepienia w mięsień piersi. Były one bardzo bolesne; przeciw czemu- nie wiem.

Materiały udostępnione przez córkę Czesława Barana- Helenę Włodarczyk i jej rodzinę.

Kategorie: Lokalne

Jerzy Jelcow

Promuję otaczający świat

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *