W partyzantce u Spartanina Tadeusza Sowy. Wszyscy trzej złożyli przysięgę w dworze Wita – tak zwracano się do Wincentego Jankowskiego zarządcy majątku Józwów – Kowersk, który był tak mi mówili ludzie w Sądzie Polowym AK.
Zbiegów – dezerterów szukano intensywnie, najczęściej nachodzono domy rodzin zbiegłych partyzantów nocą. Kiedy usiłowali posilić się, dać do prania i dezynfekcji zawszoną bieliznę. Janek Kulik był bardzo ostrożny. Ciocia Mierzwina kilkakrotnie nawiedzana przez Czarnego Romana, zmieniał za każdym razem nowego przydziału pseudonimy – był w oddziale Niebieskiego, Znicza, Wojciecha, Cichego, Orzełka, partyzant do zadań specjalnych jak wykonywanie wyroków Sądów Polowych. Strzelał do Wójtowicza – Zygmunta z za węgła w Zakrzówku dobił strzałem rannego Tadeusza Grytę syna Marcina Gryty w Bystrzycy k/ Zakrzówka za co otrzymał po wojnie 3 – krotną karę śmierci.
Roman Dżalik przychodził do domu – szpitalika gdzie leczono rannych partyzantów NSZ. Janiny Madej – Chabros żony ogrodnika Chabrosa, która prowadziła konspiracyjny szpitalik niedaleko kościoła w Bychawie. Po śmierci pana Chabrosa przenieśli się do Lublina. Ten Czarny Roman najmocniej odgrażał się mojej cioci Mierzwinie, która była matką chrzestną mojej siostry Milki Styżejównej – Kwiatkowskiej.

…jest Tadeusz Sowa – Spartanin na zdjęciu tym jest T. Sowa obok jego żona moja siostra Milka Kwiatkowska – Styżej jej mąż Henryk Kwiatkowski moja mama Kazimiera Styżej ,kowal Bielak uczył kowalstwa w szkole zawodowej na Woli Dużej. Barbara Dudzik – Sulowska jej mąż zdjęcie wykonałem ja na przyjęciu weselnym w domu cioci Sulowskiej obok cegielni Spartanin Sowa w białym swetrze.
Wywiad NSZ.
Wywiad ustalił miejsce postoju dezerterów – prywatna wtedy cegielnia ojca Tadeusza Sowy. Do której udał się kilkudziesięciu osobowy oddział majora Zęba i porucznika Cichego Wacława Piotrowskiego celem wydania dezerterów. Zaczął mjr Ząb, w jakim celu przybyli i zażądał wydania trzech bychawskich zbiegów dezerterów z NSZ – Jana Kulika, Albina Kostrzewskiego, i Seweryna Kryskę. Dowódca oddziału AK Spartanin odpowiedział. – Ja tych moich partyzantów siłą nie zabrałem z NSZ. Oni przyszli dobrowolnie na ochotnika chcąc walczyć z Niemcami i ja ich wam nie wydam. Stały naprzeciw siebie w odległości około 30 metrów dwa oddziały. Mjr Ząb. – Jak nie oddacie ich nam to będziemy się strzelać. I chyba wcześniej ustalili, że partyzanci Zęba i Cichego jak na komendę zarepetowali broń skierowaną w stronę żołnierzy AK. Spartanina Tadeusz Sowa opanowany, spokojnie bez pośpiechu i strachu no strzelajcie do nas reprezentantów Rządu Londyńskiego, to wam to nie ujdzie bezkarnie. Ząb zaczął po cichu naradzać się z Cichym i pada odpowiedz Zęba. – To oddajcie nam ich broń i granaty, które były naszego oddziału własnością. Spartanin polecił dezerterom oddać broń karabiny i granaty i na tym zakończyło się spotkanie w cegielni.
Rozsądek Spartanina zwyciężył i oba oddziały nadal ze sobą współdziałały. Narodowe Siły Zbrojne pod koniec czerwca 1944 roku oddziały Stepa, Dymszy i Zęba przeszły za Wisłę i weszły później do Brygady Świętokrzyskiej, gdzie w lipcu 1944 r. major Ząb został szefem sztabu Brygady Świętokrzyskiej.
Edward Styżej. Ciąg dalszy nastąpi.
Wspomnienia z lat wojny
Jan Kulik

Jan Kulik
ur. 6.06.1922 r. w Zadębiu, partyzant
ps. „Gołąb” w Oddziale „Cichego” [NSZ],
„Konar” w Oddziale „Spartanina” [AK].
Absolwent Wydziału Prawa na Uniwersytecie Toruńskim. Po wojnie mieszkał i pracował najpierw w Bydgoszczy, potem
w Warszawie na stanowisku głównego
księgowego w ZSL.
Jan Kulik nie ukończył swoich wspomnień, zmarł w 2003 roku. Pochowany
jest na Cmentarzu Północnym w Warszawie w Alei Zasłużonych – kwaterze ludowców.
Dop. red. Zamieszczamy opracowanie Moniki Głazik wspomnień Jana Kulika przekazanych przez Edwarda Styżeja w Głosie Regionalistów nr 1 (60) 2011. Link do Gazety Bychawskiej.
Jestem rodowitym bychawianinem mającym obecnie 80 lat życia1.W czasie hitlerowskiej okupacji od 1940 r. należałem do konspiracyjnej organizacji podziemnej Związku Walki Zbrojnej, a później Batalionów Chłopskich działających na terenie Bychawy i okolicznych miejscowości. Początkowo nasza działalność polegała głównie na odbywaniu
ćwiczeń z musztry wojskowej, czytaniu prasy podziemnej, gromadzeniu broni i jej konserwacji. Z czasem odbywaliśmy także normalne ćwiczenia wojskowe z nauką strzelania z pistoletów i karabinów. Mimo głębokiej
tajemnicy gestapo potrafiło włączyć swoich szpicli do naszych szeregów, i już pod koniec 1940 r., w wyniku dekonspiracji nastąpiły aresztowania. Gestapo chciało mnie aresztować 20 lutego 1941 r. Przez ponad dwa lata ukrywałem się w różnych miejscach w okolicy Bychawy2 i okolicach, nie przerywając działalności konspiracyjnej.
*1 W 2002 r. Jan Kulik nie ukończył swoich
wspomnień, zmarł rok później.
*2 Według relacji Edwarda Styżeja, J. Kulik
poszukiwany przez gestapo ukrywał się między
innymi u jego ojca, Bronisława Styżeja.

We wrześniu 1943 r. wstąpiłem do oddziału partyzanckiego Armii Krajowej, której dowódcą był porucznik Tadeusz Sowa, pseudonim „Spartanin”, później „Sarmata”. Był on mieszkańcem Bychawy, a zorganizowany przed niego oddział skupiał młodzież z naszego rejonu. Byli to głównie ludzie zdekonspirowani i ukrywający się przed gestapo. Przyjąłem pseudonim „Konar”. Pod koniec 1943 r. oddział nasz liczył około 60 ludzi. Terenem walk z okupantem była Bychawa i okolice oraz dalsze miejscowości, nawet w granicach powiatów: krasnostawskiego, lubartowskiego i kraśnickiego. Przeprowadziliśmy wiele akcji bojowych, jak rozbrajanie niemieckich i polskich posterunków żandarmerii i policji, a także szereg akcji sabotażowych: rozkręcanie szyn kolejowych, rekwirowanie zbóż z kontyngentów.
W wyniku bezpośrednich starć naszego oddziału z dobrze uzbrojonym okupantem zginęło w okresie od września 1943 r. do końca
lipca 1944 r. dwunastu naszych kolegów.
W końcu lipca 1944 roku oddział nasz kwaterował w miejscowości Pustelnik w rejonie Olszanki za Krzczonowem. 22 lipca w sobotę dowódca oddziału, „Spartanin” polecił mnie i trzem innym partyzantom – Łobodzińskiemu, Kostrzewskiemu i Rapowi (skoczek spadochronowy z Anglii), udać się do odległej o około 25 km Bychawy, by następnego dnia, dokonać zasadzki na pojedynczo wycofujących się żołnierzy niemieckich, zabrać im broń i dwa lub trzy konie kawaleryjskie. Zabraliśmy pistolety i ubrani jako cywile bocznymi drogami dotarliśmy bez przeszkód do Bychawy około godziny 10 wieczorem. Rozeszliśmy się do swoich rodzin umawiając się na akcję w niedzielę. Ja zabrałem wóz i konia do swojej matki. Rano zaczął padać solidny deszcz, a wszystkimi drogami przez Bychawę przejeżdżały kolumny wojsk niemieckich i dziesiątki czołgów wycofujących się w kierunku Wisły. Żołnierze niemieccy zabrali także wóz i konia, którymi przyjechaliśmy do Bychawy. Otrzymaliśmy też wiadomość, że Niemcy spalili rano kilka gospodarstw w pobliskim Olszowcu, w odwecie za to, że jakaś placówka podziemna ostrzelała wycofującą się kolumnę wojska.
Zrezygnowaliśmy z rekwizycji niemieckiej broni i koni, bo mogło się to tragicznie skończyć dla nas i dla mieszkańców. Po południu, biorąc kolaskę z majątku Budnego bocznymi drogami skierowaliśmy się do miejsca postoju naszego oddziału. Minęliśmy Wolę Dużą, Olszowiec, Kosarzew i musieliśmy dokonać przeskoku przez szosę Lublin – Biłgoraj na odcinku dość gęstego lasu. Zorientowaliśmy się, że kolumna wojska niemieckiego zatrzymała się przy lesie, oświetlając las bateriami i patrolując drogę. We trzech z naszej czwórki trzymaliśmy mocno konie, a jeden z kolegów manipulując lejcami i batem sprawnie pokierował nimi. Dzięki temu szybko znaleźliśmy się po przeciwnej stronie lasu. Niemieckie patrole zauważyły nasz przeskok i wystrzeliły w naszym kierunku kilka serii z broni maszynowej, które nie były już w stanie nas dosięgnąć. Pomocny też był padający deszcz. Około północy dotarliśmy do naszej bazy kwaterunkowej.
Następnego dnia (poniedziałek, 24 lipca) dowódca otrzymał meldunek, że w Olszance, cofający się Niemcy zrabowali wieś, bijąc i maltretując szczególnie kobiety. Podpalili trzy gospodarstwa chłopskie. Po rozpoznaniu przez wywiad okazało się, że na wieś napadła kompania obwodowa hitlerowców składająca się ze zdegenerowanych jednostek ukraińskich faszystów. Rabujący Olszankę oddział liczył wraz z żołnierzami niemieckimi około 150 dobrze uzbrojonych ludzi. Szybko nastąpiła koncentracja kilku oddziałów partyzanckich AK i BCh, wspartych o żołnierzy z pobliskich placówek konspiracyjnych. Nasze siły liczyły około 120 ludzi, ale niezbyt dobrze uzbrojonych. Zorganizowaliśmy zasadzkę. Tyralierą zajęliśmy ukryte stanowiska bojowe na obrzeżach lasu przy drodze. Po drugiej stronie lasu znajdowała się otwarta przestrzeń. Blisko naszych stanowisk były rumowiska i rozpadliny mogące dać nieprzyjacielowi osłonę w razie ataku. Otrzymaliśmy rozkaz, by zaatakować wroga, gdy jego kolumna będzie posuwała się wzdłuż naszych stanowisk i będzie cała w zasięgu naszego ognia. Sygnałem do walki miał być wystrzał z rakiety. Niestety, gdy wycofująca się jednostka była w połowie naszych stanowisk, jeden z naszych żołnierzy nie wytrzymał i nie czekając na sygnał rakiety, strzelił z karabinu do kolumny wroga. Napastnicy niemieccy i ukraińscy zeskoczyli szybko z wozów i samochodów, i ostrzeliwując się uciekli na drugą stronę szosy odpowiadając ogniem broni maszynowej na nasz atak. Wywiązała się dwugodzinna walka, która przeniosła się i do lasu, i na obsiane pola oraz do kamieniołomów.
Niemcy drogą radiową zawezwali pomoc i przed zmrokiem od strony Krzczonowa przyjechały cztery czołgi, które atakując nasze pozycje umożliwiły wycofanie się części swojej jednostki. O zmroku nasze jednostki wycofały się do swoich baz. Następnego dnia nasz oddział i kilka placówek przeczesało pole walki zabierając zabitych i rannych. Mój oddział nie poniósł strat. W czasie przeglądu pola walki z kamieniołomów wyszedł z podniesionymi rękoma żołnierz niemiecki – członek załogi jednego z czołgów i z daleka krzyczał, by do niego nie strzelać bo on jest Francuzem. Okazało się faktycznie, że był Lotaryńczykiem. Został on przekazany wojsku rosyjskiemu, które za kilka dni wkroczyło na Lubelszczyznę. Opisana walka miała miejsce w Zastawiu, gdzie dla jej upamiętnienia wzniesiono pomnik, i gdzie każdego roku odbywają się uroczystości i spotkania kombatantów biorących w niej udział 3.
*3 Akcja w Zastawiu, w dniu 24 lipca 1944 r. W bitwie
tej poległo 7 żołnierzy BCH, a 18 zostało rannych. Straty
po stronie niemieckiej to 42 zabitych, wielu rannych oraz
przejęcie znacznej ilości sprzętu[
Wypada poświęcić też kilka zdań tragedii, którą przeżyła Bychawa w dniu 25 lipca 1944 r. W wyniku bezmyślnego ataku oddziałów partyzanckich „Nerwy” i „Szarugi” na przejeżdżające czołgi w Bychawie spalono wiele domów i zabitych zostało około trzydziestu mieszkańców. Trudno, moim zdaniem, ten wyczyn uznać za bohaterstwo, wiedząc, że w „Kobylim Dole” stacjonowała jednostka pancerna wroga w sile ponad 40 czołgów. Moim zdaniem, było to wtedy przysłowiowe porwanie się z motyką na słońce.
W końcu lipca 1944 r. wojska okupanta hitlerowskiego zostały przepędzone z naszego rejonu, a nasze oddziały zostały decyzją władz konspiracyjnych rozwiązane.
Warszawa, 26.03.2002 r.
Wspomnienia Jana Kulika udostępnił Pan Edward Styżej.
Dziękujemy! Opracowała Monika Głazik.
0 komentarzy