Wspomnienia partyzanta Jana Kulika żołnierza NSZ (Narodowe Siły Zbrojne) ps. Gołąb i AK (Armii Krajowej) ps. Konar udostępnione 26. 03. 2002 r w Warszawie – Mokotów ulica Pułku Baszta.

W 1943 r. W Borowie – tzw. „Kretowisku” trzech mieszkańców Bychawy ja – Jan Kulik, Albin Kostrzewski i Seweryn Kryska złożyliśmy przysięgę, którą od nas przyjął major „Ząb” – Leonard Zub-Zdanowicz, który był dowódcą pułku Legii Nadwiślańskiej Narodowych Sił Zbrojnych. W tym uroczystym dniu było też poświęcenie sztandaru przez księdza Władysława Stańczaka i wręczenie majorowi „Zębowi”.

Nas w/w przydzielono do oddziału partyzanckiego NSZ porucznika „Cichego” – Wacław Piotrowski, gdzie po przeszkoleniu otrzymaliśmy broń karabiny i granaty. W oddziale porucznika Cichego byłem około 6 miesięcy, w rejonach lasów Borowa, Potoka Stany, Łysakowa, Węglinka, Bystrzycy, Zakrzówka, Kiełczewic i Bychawy – Dębszczyzna las Budnego.

Major Ząb był koordynatorem zgrupowania, w którego skład weszły oddziały partyzanckie Stepa, Cichego, Znicza, Orzełka, Lechity, Visa, Dymszy i Jacka. Początkowo w tej narodowej partyzantce wszystko było dobrze. Oddział w którym byliśmy 3 z Bychawy młodych i prężnych partyzantów, którzy zawsze starali się być razem blisko siebie, przemieścił się w lasy kolonii Kiełczewice.

Zobaczyliśmy żołnierza sowieckiego, który uciekł z obozu jenieckiego w Poniatowej – był to prawie szkielet człowieka tak był wychudzony z głodu i zimna. Mimo usilnej prośby żołnierza, zbiega na rozkaz dowódcy rozstrzelano. Jego mogiła znajduje się do dziś między Kolonią Kiełczewice, niedaleko domu rodzinnego Stasia Pidka – a Kolonia Gałęzów nr. 2.

Stanisław Pidek był ożeniony zaraz po wojnie z moją cioteczną siostrą Kazią Mierzwianką, córką mojego chrzestnego ojca Kazimierza Mierzwy. Byłem na tym weselu w mieszkaniu nad kuźnią kowalską na Zadębiu gdzie było kilkunastu partyzantów oraz brat Stasia oficer kapitan Stefan Pidek, który na wesele brata przyjechał z Siedlec jedząc na kozetce drewnianej.

W kuchni spadł mi pod kozetkę kawałek kiełbasy weselnej schyliłem się i ujrzałem pod tałotomaną kilka sztuk broni, zobaczyła to ciocia Mierzwina. „Edziu nikomu ani słowa.” Była to broń żołnierzy podziemia, których zaprosił Stasio Pidek późniejszy wieloletni prezes GS w Bychawie i Niedrzwicy dużej.

Poszukiwany

Za poznoszenie broni NSZ Janek Kulik poszukiwany przez lubelskie gestapo. Ukrywał się u mojego ojca Bronisława Styżeja w Bychawie. Gestapo przyjeżdża na Zadębie po Janka Kulika, któremu tym razem szczęście dopisało, ale w odwet donosów folksdojcza Franciszka Ciesielskiego aresztują mojego chrzestnego ojca Kazimierza Mierzwę i Jurka Hanaja. W tym dniu 3 osoby z Bychawy trafia do Oświęcimia. Wszyscy zginęli pod ścianą śmierci rozstrzelani.

Janek Kulik ukrywa się nieustannie u mojego ojca Bronisława Styżeja w Bychawie. Gestapo bagnetami na karabinach kuje raz przy razu stertę słomy pszennej. On siedzi przysypany słomą tuż przy ziemi w środku sterty i w stercie szczęście po raz drugi mu dopisało. Nie odkryli i nie dosięgły go bagnety gestapo.

Przychodzi do ojca mojego po amunicję którą to całą taśmę znalazłem na targowicy. Życie w partyzantce NSZ było nie łatwe. Rano pobudka apel i rozkazy, nagany, kary włącznie z karą śmierci przez rozstrzelanie. To nam trzem bychawiakom zaczęło się nie podobać. Nie mogąc zasnąć w nocy rozważaliśmy zamiar ucieczki z oddziału NSZ, że może i nas spotkać nieszczęście i na drugi rozkaz rozstrzelania nie trzeba nam było długo czekać.

Dowódca ps. „Znicz” Leon Cybulski, były granatowy policjant z Zakrzówka miał narzeczoną w swoim oddziale, łączniczkę o ps. „Lu”. W oddziale Znicza był też syn przedwojennego oficera WP. Partyzant o ps. „Pobóg”, którego przywieziono wieczorem na drabiniastym wozie, związanego sznurami leżał na dennicy tylko w koszuli i kalesonach. Oddział zatrzymał się w zabudowaniach Kolonii Kiełczewice przy polnej drodze przy lesie Kiełczewskim naprzeciw zabudowań Stefana i Haliny Rak – Kolonia Gałęzów nr. 2, odległość około jednego kilometra od obu tych sąsiadujących wiosek.

Około 17 partyzantów Znicza zatrzymało się u gospodarza rolnika na noc. Byłem w tym domu ja piszący te słowa 30 lat temu, żył jeszcze wtedy konserwator wodociągu wiejskiego ś.p. Stefan Rak, którego poprosiłem o zaprowadzenie mnie na grób partyzanta o ps. Pobóg leżącego na przesiece między lasami. Mogiła ziemna z krzyżem kwiaty i palące się lampki – znicze. Mogiłą partyzanta opiekowała się szkoła. Po modlitwie za duszę ś. p. Pobóga udaliśmy się do naocznych jeszcze żyjących świadków egzekucji tego partyzanta.

Opowiada gospodyni, która zwróciła się do dowódcy oddziału. – Panie komendancie dla ilu partyzantów mam przygotować kolację? Pada odpowiedz. – Dla 17 – tu. Dowódca prostuje. – Oj, nie dla 16 -tu, temu zasyczał s… już kolacja nie potrzebna. Zapytał o łopatę. Gospodyni przeczuwając przyniosła jakąś niezdatną tępą łopatę z obory. Rzucił. – To jest łopata do kopania grobu, – wysyłając partyzanta do znalezienia lepszej łopaty.

Pobóg po wykopaniu sobie grobu rankiem został rozstrzelany. Rozkaz rozstrzelania otrzymał partyzant Znicza były mieszkaniec Bychawy ps. Czarny – Roman Dżalik, byłem u niego w Lublinie w roku 1986. Mieszkał w pobliżu Abramowic, chyba na ulicy Sierpińskiego. Pytałem o szczegóły i przyczyny rozstrzelania partyzanta Pobóga wiedząc całą prawdę – Znicz kilka razy ostrzegał Pobóga o zaprzestaniu romansu ze swoją narzeczoną późniejszą żoną Znicza na, którego ślubie był mój znajomy – przyjaciel Marian Bobolewski ps. „Góral” z oddziału Jacka i Jana Imbirowicza. Ślub odbył się w kościele w Kiełczewicach.

Górala poznałem na światowym zlocie żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych w Zagnańsku k/ Kielc 17 – 18. 08. 1992 r. Który w Bychawie był w restauracji Jana Więcławicza – nazywanego powszechnie Faja – na rogu ulicy tej gdzie obecnie zamieszkuje Janusz Kowalski.

wieczor

Był późny wieczór partyzanci przyszli do Faji na kolację. Pani Więcławiczowa widząc z bronią partyzantów zamknęła od wewnątrz drzwi i okiennice. Partyzanci po spożyciu posiłku zapłacili rachunek szykując się do wyjścia na kwaterę w Bychawie, jak nagle zaczęli dobijać się Niemcy. Podjechała żandarmeria z Niedrzwicy Dużej chcąc poucztować. Pani Więcławiczowa natychmiast partyzantów zaprowadziła na strych nad i piętrem zamykając w pospiechu klapę strychu ale nie na kłódkę.

Wpuszczeni Niemcy coś jakby przeczuwając zaczęli sprawdzać przyczynę opóźnienia otwarcia restauracji. Weszli na i piętro szukając jakby kogoś, zastali córkę Zosię, piękną panienkę leżącą już w łóżku. Zosia po niemiecku odpowiedziała, że kąpała się w balii i dlatego tak mamusia zamknęła i nie mogła otworzyć drzwi. Gut gut, śliczna panienka. I poszli jeść – sznaps pijąc i jedząc do północy.

Partyzanci z gotowymi do strzału karabinami czekali na najgorsze – na odkrycie ich i walkę. Po odjeździe żandarmów Góral i inni udali się na szczyt góry obecnej ulicy Partyzantów do ojca Tomka Wieczorka na nocleg w stodole.

Mój cioteczny brat Janek Kulik, Albin Kostrzewski, Seweryn Kryska, uciekli. Zdezerterowali wszyscy trzej z bronią i mundurach do Bychawy do oddziału Spartanina – Sarmaty Tadeusza Sowy AK. I po następnej przysiędze w Józwowie – dwór Wita Jankowskiego otrzymali nowe pseudonimy. Janek Kulik – stryjek, Janusza Kulika – przyjął ps. „Konar”, Albin Kostrzewski – Kędziorek. – Pamiętam miał piękne czarne włosy kręcone i stąd wywodził się jego pseudonim. Seweryn Kryska ps. „Konny”.

Major Ząb wydał rozkaz swoim partyzantom ścigania zbiegów – dezerterów. Nieprzespane nocne najścia – groźby i kary za dezercję sądem polowym – psychologiczna próba walki bratobójczej dwóch Polskich oddziałów partyzanckich mjr Zęba i por. Spartanina, przyczyny karnego rozwiązania oddziału Spartanina będzie w dalszym ciągu następnym.

Łagodna kara

Partyzanci NSZ złapali dezertera Seweryna Kryskę, który na szczęście nie został rozstrzelany przez Sąd Polowy, może czas zrobił swoje i okoliczności zbliżania się frontu wojsk sowieckich do granic Polski i odpowiedzialności za wymierzanie najwyższej kary – kary śmierci.

Na oczach zgromadzonych bychawian zastosowano do Seweryna Kryski karę chłosty 25 batogów w tylne siedzenie. Baty serwował najsilniejszy z partyzantów a Bychawa jak Warszawa w czasie okupacji ułożyła wierszyk satyryczny i śpiewano rymowaną piosenkę przez jeszcze lata powojenne. Za dezercję trzech bychawian z NSZ – tu grupie Sewer dostał 25 batów w d… rymowana piosenka była długa 4 zwrotki śpiewali ją młodzi i starsi bychawianie. Umiał i śpiewał te słowa Mietek Urba, który dostał od swoich kolegów zapisany ołówkiem chemicznym na kartce ten tekst.

Edward Styżej.

Kategorie: Newsy

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *