Śladami Koźmianów i Przewłockich

Wędrując śladami Koźmianów i Przewłockich znaleźliśmy maszynopis. Szczególnie wzruszają dedykacja „dla prawnuka” we wstępie do wspomnień oraz list Zofii Przewłockiej z drogi na wygnanie. Polecamy!Śladami Koźmianów i Przewłockich

(str 1.)

WSPOMNIENIA O RODZINIE

Spisane przez Konstantego Przewłockiego
Maj. Mordy dn. 3 stycznia 1925

Na wielokrotnie powtarzaną prośbę moich dzieci zabieram się do spisania szczegółów, wspomnień, danych chronologicznych i genealogicznych itp. tyczących się naszej rodziny, które im nieraz opowiadałem lub przytaczałem, których jednak, jak twierdzą zapamiętać nie mogą. Ponieważ więc na to być tylko „um aide memoire” a nie mające stanowić jakąś organiczną całość pamiętniki, będę pisał z zupełną swobodą, bez żadnego ogłoszenia literackiego, bez starania o ciągłość i porządek, nawet bez unikania przekreśleń i poprawek, chociaż przepisywać nie zamierzam.
Do pisania zaś, prócz prośby moich dzieci, skłania mnie myśl, ze może temu pismu danem będzie wpaść za sto lat pod oczy siwiejącego mojego prawnuka, który może z takim samem zajęciem będzie w niem szukał szczegółów o swych przodkach, a obok tego śladów duszy piszącego, jak ja ich szukałem w dokumencie, pisanym w 1797ym roku, przez mojego pradziadka, który to dokument uniknąwszy szczęśliwie zaginięcia wśród rozmaitych kolei doszedł do rąk moich po przekroczeniu już przeze mnie sześćdziesiątki. Gdyby tak było, to mającego serce dla przeszłości prawnuka pozdrawiam z odległości stu lat i błogosławię mu.

/Dokument ten – ”summarjusz” i odpis dokumentów podanych przez mego pradziadka Andrzeja do Zgromadzenia Deputatów w Żytomierzu dla nakazanej przez Katarzynę II legitymacji szlachectwa, zostawiam w oryginale memu synowi Henrykowi, a w odpisie młodszemu Józefowi.

Rodzina mojego Ojca.

Wspomnienia rodzinne zacząć muszę od tych, które się tyczą rodziny Ojca mego. Niestety te właśnie będą bardzo skąpe. Ojciec mój osierocił mnie dziecięciem mającem czwarty rok życia, następnie wychowany zostałem wśród rodziny Matki, w Jej rodzinnej okolicy, z krewnych ze strony Ojca nikogo nie widując,…..

(str 81-82.)

List mojej Matki pisany z drogi na wygnanie.

(czyli Zofii Przewłockiej – dop.red.)

„Dla wszystkich kochanych moich uściśnienia z wdzięcznego serca i opis przygód od wymarszu z Żyrzyna.
Wcześnie przed nocą stanęliśmy w fortecy Iwangrodzkiej. Tłum ciekawych a niechętnych przyjmował nas naigrawaniem, a na placu nareszcie kilka zażartych moskiewek głośnym wymyślaniem. Kiedy na mnie przyszła kolej kolo nich defilować, jeszcze mocniejszym wykrzyknęły głosem”Miaiteżnica!miaiteżnica! Dodanych do tego epitetów nie rozumiałam.

Długo staliśmy nim nas przerachowano,

ale z grzecznością miejscowi oficerowie przemawiali i zaraz mię do osobnego mieszkania odprowadzono. Była to kazamata z malutkim u góry w wysokim murze okienkiem. Dwie podwójne brudne prycze i błotna podłoga, cała jej ozdoba. Zaledwie obejrzałam się, wszedł adiutant placu i przemówił tak grzecznie, że odważyłam się poprosić o wydobycie Stasia z tłumu biedaków do dwóch niezbyt obszernych kazamat zapakowanych nad bramą. Ten bardzo grzeczny oficer nie poszedł ale pobiegł i w jednej chwili Stasia przyprowadził, znów wyszedł i wrócił z panem Zbyszkiem, ojcem Zosi, wychowanki Russockiej, i jej opiece nas powierzył. Nigdzie nie widziałam dotąd większej wolności dla więźniów, jak w Iwangrodzie. Cele otwarte, więźniowie odwiedzają się wzajemnie, razem sobie gospodarstwo utrzymują. Pan Zbyszewski rej wodzi, żandarmami i posługaczami pomiata i nigdy inaczej do nich nie przemawia, jak najdobitniejszymi, grubiańskimi moskiewskiemi wyrazami, a ci przyjmują to za grzeczności, biorąc tylko po złotemu na dzień.

Komendant bardzo słuszny człowiek, major placu, ma żonę Polkę,

a adiutant placu jest najgrzeczniejszy człowiek, jakiego między moskalami znaleźć się nie spodziewałam. Zaraz też wszyscy więźniowie zgromadzili się koło nas. Znajoma gospodarza, miałam zaraz wszystko na rozkazy. Herbatę narządzał jeden, drugi przyniósł piernat, trzeci materac, sołdat przyniósł wyznaczoną nam słomę, ja więc usłałam sobie na pryczy, Staś na ziemi. Ale cóż z tego prycza wąska, złe powietrze z wilgotnych nurów i błota na podłodze zasnąć mi nie dały,a na koniec piechota /baranki egipskie/ i furgony/ pluskwy/ tak mnie obsiadły, że noc na opędzaniu się przeszła. Staś wyspał się dobrze. Dopiero 5-go popołudniu wyruszyliśmy dalej. Poczty z twierdzy nie ma, więc znów na wąziutkim chłopskim wasążku jechałam ze Stasiem i dwóch biedaków na nogach usiadło.

Czas był brzydki, deszcz ze śniegiem na przemian nas moczył

i tak na noc przywlekliśmy się do Ryk. Wystawcie sobie ten nocleg, jeżeli zdołacie. Wprowadzono mię i to za wielkim uproszeniem oficera, do biednego żydowskiego mieszkania, przy którym najnędzniejsza z chat wiejskich byłaby salonem. Czworo żydziąt i żydówka przyjęli nas przestrachem, bo żołnierze kolbami ich wypędzali, zaledwie obietnicą „na wódkę” powstrzymałam ich. Obietnica zaraz spełniona stała się talizmanem. Czterej stróże grubjańscy z początku złagodnieli. Jeden z nich pozbył się karabinu, nastawił samowar, ugotował kartofli i to było obiadem …

List w maszynopisie liczy 8 stron
na końcu:
Warszawa, Cytadela kwiecień 1864 rok.

Link do maszynopisu.

Krzysztof

Zachowajmy wiarę oraz spokój, pogodę ducha i optymizm we wzajemnych relacjach!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *