Ostatnia część wspomnień- Święta w niewoli

Ponieważ Święta Bożego Narodzenia to czas radości i pokoju nie publikowałam tego artykułu wcześniej, aby nie zakłócać atmosfery Świąt.

Dziś, gdy pozostaje nam już tylko wspomnienie tego magicznego czasu, chciałabym skłonić Was do chwili refleksji i zadumy. Jak pokazują wspomnienia Czesława Barana nie każde Święta Bożego Narodzenia kojarzyły się ze szczęściem, miłością, pokojem czy nadzieją.

Niech to wspomnienie będzie hołdem i podziękowaniem dla Tych, dzięki którym możemy się cieszyć świąteczną atmosferą pokoju w wolnej Ojczyźnie.

Wspomnienia Czesława Barana

10 września’39 roku dokonano pewnej zbiórki i odliczono nas w liczbie pięćdziesięciu oraz zapowiedziano nam w języku polskim o dyscyplinie, jaka nas obowiązuje jako niewolników i w związku z tym przydzielono nam wachmanów do pieczy nad nami. Zobowiązano do przestrzegania przez nas nakazów przez nich podawanych w pracy i poza nią. W czasie kopania ziemniaków chodzili z tyłu poza nami, z bronią (karabin z nasadzonym bagnetem i napięta iglicą do oddania strzału).
Pierwszy majątek, do którego zostaliśmy przewiezieni w liczbie pięćdziesięciu nazywał się Gellin uber Neustettin. Był to duży majątek. –Samych kartofli było 7 tys. mórg (morgi magdeburskie – w porównaniu do naszych- o jedną trzecią mniejsze). Była też tam gorzelnia.

W celu kontroli, podczas kopania kartofli, było jedenastu Niemców, w tym jeden drużynowy, zwany wachmanem.
„My jak robiliśmy na polu, to za plecami nam z karabinami chodzili. To nie było tak, jak się komuś widzi. Tereny były pomorskie, dopiero nizina, to już wyżyna, falisty teren. Ziemniaki były posadzone, przyszły deszcze, to ten piach z głazikami, ziemia lekka- żytnio- kartoflana zmiękła, kartofle na dole. Przyjeżdża dziedzic i sprawdza, jak się kopie. I był ze mną z Prawiednik niejaki Król Jan, pamiętam nazwisko. On kopał jeszcze niżej, ja z nim. I ten dłubie, dłubie, zanim wydłubał te kartofle. Tak zamulone były w ziemi, że można było kłaść kartofla na ręce, takie zamulone były. I mówi do wachmana:
– Czemu ty tu stoisz- ten dziedzic tak mówi.
Wachman podszedł do niego i tak go z tyłu: „kyc, kyc”, aż krew przez spodnie wyszła. Taaka była robota.
Spanie mieliśmy w chlewni letniej, gdzie w wieczór szczury utrudniały spanie. Jadalnia też była urządzona w chlewni świńskiej. Przedziały klatek usunięto, ustawiono parę stołów, zrobionych ze zwykłych desek na krzyżakach. Wyżywienie: kawa bez cukru, zupa z brukwi jadalnej (żółtej) bez żadnego tłuszczu. A mięsa w ogóle w czasie pobytu w niewoli ,ani deka przez cały okres do czasu ucieczki i powrotu do domu.
Mycie zimną wodą, prania żadnego- z tego względu wystąpiła wszawica.
Pewnego dnia na kolację była letnia woda z otrębami żytnimi. Ja nie jadłem tej zupy i inni też nie jedli. Mówią:
– „Jak on nie je, to i my nie jedzmy. Zobaczymy jaki będzie wynik.”

Przyszedł drużynowy wachman i zapytał

– „Dlaczego nie jecie tej zupy?”
Odpowiedź była: -„Nie smakuje, proszę spróbować”. Gdy spróbował, zaraz powiedział, że nie smakuje. I zapytał kto zna język niemiecki. A było paru z Kościerzyny i Wejchorowa , co umieli język niemiecki. Wstali we dwóch. Kazał im wziąć w dwóch talerzach zupę i poszliśmy do baorki (dziedziczki). Ja poszedłem też, bo chodziłem do niej na opatrunki z uwagi na czyraki, które miałem na szyi. (Dziedziczka miała ukończone trzy stopnie kursu Czerwonego Krzyża).
Wachman powiedział tej baorce, że należy lepiej odżywiać tych ludzi, bo oni ciężko pracują.
– „Jeśli chcesz aby ci ludzie wydajnie pracowali, to daj im zawsze dobre jedzenie.”
A ona zmierzyła go oczami, jak to się mówi, „od góry do dołu” i mówi tak:
– „Ja daję co mam. Tyś gorszy jak Polak. To nie będą mogli pracować. Niech zdychają. Przywieziemy innych. Mało ich jest w Polsce?”
Rzuciło wachmana bardzo, bo wobec nas został potraktowany nie po ludzku, że ona go zrównała z Polakami.
Ja pozostałem na dokonaniu opatrunku a następnie wszyscy wróciliśmy do części sypialnej.
Po tym zajściu o tą zupę wachman już nie chciał wydawać nam zup. Wydawał ją jakiś cywil, inspektorek.
Po upływie około 3 dni, podczas kolacji, wachman zapytał kto z nas chce przejść do innego majątku. Zgłosiło się osiemnastu, a w tym ja, Czesław Baran spod Bychawy powiat Lublin, numer jeniecki 4166, Stalag 2 B Hammerstein,
Krzeja Jan z Lublina,
Stawski Stanisław z Lublina,
Stawecki Stanisław z Krężnicy Jarej,
Pruszkowski Michał z Bełżyc,
Środek Paweł ze Strzyżewic,
Rzucidło Antoni z Leśniczówki,
Król Jan z Prawiednik,
Krawiec Stanisław z Włocławka,
Chruślak/ Chruszlak (nieczytelnie) Stanisław z Warszawy,
Panek Jan nie wiem skąd.
Pozostałych ośmiu nie pamiętam.
Drugi majątek był odległy od pierwszego o 3 km w stronę Hytten. Nazywała się ta miejscowość Gellin uber Neustettin. Był to majątek dużo mniejszy od pierwszego. W Gellinie było też 30-stu niewolników (oprócz nas) ;-żołnierzy Francji oraz jeden Marokańczyk jako jeniec.
Tu już było tylko dwóch wachmanów do pilnowania.
Spanie mieliśmy o 3 km dalej, w miejscowości Hytten.
Baor nazywał się Ewa-majątek mały w tejże wsi. Wszyscy spaliśmy w jednej sztubie, wynajętej nieopodal majątku. Osiemnastu, w jednej sztubie. Sztuba o jednym oknie, które było zakratowane. Drzwi okute blachą , zamykane na klucz i sztabę. Z uwagi na małe pomieszczenie, bo około 6 na 4 m., to jest 24 metry kwadratowe były prycze. Tu nas wachman odprowadzał i zamykał na noc, a rano prowadzono nas na śniadanie i do pracy.
Natomiast jadalnie mieliśmy u swojego baora. Pomieszczenie po byłej filii mleczarskiej (przybudowane, wymiar 5 na 7 m., to jest 35 metrów kwadratowych), o jednym, dużym oknie, zajmującym prawie całą ścianę. W tymże oknie było małe okienko o wymiarach gdzieś 50 na 60 cm kwadratowych, a w całym oknie były małe szybki, gdzieś 15 na 15 cm. Całe ramy były z żelaza. Pod sufitem tego pomieszczenia był wystawiony belk. Tuż przy nim była utwierdzona żarówka oświetlająca. Na środku był stół ze zwykłych desek, na trzech krzyżakach.
Należy podkreślić, że byliśmy obserwowani przez ludność cywilną pod każdym względem, nawet w dzień tak zwany wolny od pracy. Pracowaliśmy pod dozorem dwóch wachmanów, z bronią- bagnet na karabinie i napięta iglica do oddania strzału.
Koledzy w liczbie siedemnastu, codziennie, (po dokonanych wykopkach kartofli) pracowali w lesie odległym około 4 km, robiąc faszynę do odłożenia koryta rzeki- kanału melioracyjnego. A ja pracowałem w ogrodzie u swojego boara, a nawet w sąsiednim majątku Hytten. Ze względu na duże już oziębienie i niemożność realizacji prac w ogrodzie, otrzymałem od Szwarca zlecenie pracy w warsztacie stolarsko – gospodarczym. Dorabiałem śnice do wozów konnych, kłodnice, dyszle, rozwory i inne, np. trzonki do drobnego sprzętu ręczno- rolnego, jak do motyk, siekier, grabi. itp. I tak, dzień po dniu upływał w ciągłym smutku i zadumie z myślą co dalej?
Zaznaczam z całą prawdą, że nikt nam nie płacił za pracę, nie wolno nam było korzystać z żadnych usług, jak reperacja odzieży czy obuwia oraz pranie.
Z tego względu opanowały nasz wszy, a następnie świerzb.

W każdej chwili, w czasie dnia czy nocy

człowiek myślał swoich w kraju oraz o wolności osobistej i wszystkich najbliższych i całej kochanej Ojczyzny i Jej ludzi- co dalej będzie?
Wiedziałem, że zbliża się czas tak miły wigilii Bożego Narodzenia, którą rokrocznie odchodzono w dniu 24 grudnia.
Nastąpiła najpierw tęsknota, a potem zaduma i załamanie na skutek niemożliwości obcowania ze swoimi najbliższymi i drogimi sercom naszym.
Poczułem się smutny i załamany- tak, że zapomniałem nawet jak się śpiewało te nasze piękne kolędy, jak „Wśród nocnej ciszy” czy „Gdy się Chrystus rodzi”. Nie pamiętałem ani słów ani melodii. Wierzcie mi, że człowiek po pokonaniu przez wroga jest zawsze chory od strony fizycznej i duchowej. Brak świerku i przybrania choinki, nie ma cukierków, baniek, świeczek, opłatka a nawet choćby paru jabłuszek.
Pomimo że nie ma nic, postanowiłem urządzić Choinkę Wigilijną w 1939 r.
Skąd drzewko? opłatek, oświetlenie, jakiś wystrój, łańcucha nie ma, ale choćby troszkę białej waty? Wszystko znak zapytania i wielkie trudności. Do sklepu nie wolno żadnego się udać, gdzieby cokolwiek można było kupić.
Byłem w usilnym myśleniu. Trwało to dwa dni, zanim uświadomiłem sobie dwie pierwsze zwrotki kolęd: „Gdy się Chrystus rodzi” i „Wśród nocnej ciszy”.
Było to dla mnie jakimś ożywieniem, wzmocnieniem duchownym do dalszej realizacji urządzania tejże Choinki.- Świerk muszą przynieść koledzy z lasu, parę jabłek na pewno pozyskam od dziedziczki, watę spróbuje wydostać ze starej, ocieplonej kurtki, znajdującej się w warsztacie stolarskim, gdzie miałem dostęp. Zamiast świeczek podepnę choinkę pod żarówkę w sztubie. Jako opłatek zaproponuję kolegom chleb, który pokroję na cienkie kromki. Wszystko to udało mi się osiągnąć dość pomyślnie, jakby w oparciu o jakiś paragraf i artykuł dotyczący tego wydarzenia w naszym niewolniczym życiu. Tak oto przygotowałem sobie plan na Choinkę, będąc w niewoli niemieckiej w 1939 r.

Dnia 23 grudnia w godzinach dość rannych powiedziałem:

– „Koledzy przynieście świerk nie dłuższy jak 80-100 cm”
Kolega Środek Paweł powiedział:
– „Co, chcesz urządzić Choinkę?”
– „Tak, przy waszej pomocy”- odpowiedziałem.
– „Dobrze, przyniesiemy.”
I przynieśli świerk, wracając z pracy, prawie już o zmierzchu 23 grudnia.
Dnia 24 grudnia, tj. w Wigilię Bożego Narodzenia zacząłem urządzać tę Choinkę. Zmierzyłem odległość od żarówki do desek tak zwanego stołu, składającego się z dwóch desek, dł. 4 mb., ułożonych na krzyżakach.
I tak, wierzch świerka i rozwidlone gałęzie skróciłem i za górną część uwiązałem świerk za pomocą kabelka. Świerk wisiał pod żarówką, która spełniała rolę oświetlenia .
Następnie rozejrzałem się po warsztacie i zauważyłem kurtkę ocieplaną. Po sprawdzeniu w rękawie, okazało się, że jest biała wata. Wprawdzie poprułem żelazkiem od hebla rękaw, ale uzyskałem waty według potrzeby. Watę ułożyłem na gałązkach świerku choinkowego. Ponadto choinka nie ma nic. Wobec powyższego, udałem się do baorki Szwarcowej z prośbą o danie mi 15-20 jabłek. Widziałem po niej , że była jakaś zaskoczona i w niedługim czasie przyniosła około 20 sztuk jabłek. Do tych małych jabłuszek przywiązałem nici i pozawieszałem na gałązkach choinkowych. Tegoż dnia, wszystko było tak uszykowane w godz. 12-14. Trzeba powiedzieć, że wygląd choinki był dość ładny i efektowny. Szczególnie wpłynęło na to oświetlenie z góry i ta biała wata na gałązkach. A jabłuszka miały rolę szczególną- zastępowały banieczki, nie tracąc swojego wyglądu. Stół nakryłem białym papierem z warsztatu. Chleba ukroiłem parę sztuk, tak aby wystarczył do łamania się w czasie życzeń.
Tak gdzieś na godzinę 15 koledzy wrócili z lasu . Już wszystko było gotowe, robiło się ciemno. Po złożeniu sprzętu ręcznego w przybudówce koledzy przystąpili do mycia rąk i twarzy w zimnej wodzie.
Niejeden z nich był pogrążony w myślach, przypominając sobie jak to było wszystko przygotowane do Wieczerzy Wigilijnej w domu.- Jaka to była miła atmosfera, jakieś to ciepło rodzinne, jakieś ukojenie z duchowego przeżycia. Tak z uwagi na to, oparł rękę na kolanie, głowę na ręce… U wielu można było zauważyć spływające łzy po policzkach. Po części, z lekka i ja im towarzyszyłem
Po umyciu się i wejściu do tej naszej sztuby, koledzy na widok choinki jakby oniemieli nie wiedząc co czynić.
Ja, widząc tę chwilę wielkiego załamania się i tęsknoty, poprosiłem ażeby sobie usiedli i parę minut odpoczęli. Następnie poprosiłem o chwilę spokoju, skupienia z uwagi na Noc Wigilii Bożego Narodzenia.

Zacząłem temi słowy:

„ Drodzy i Kochani Koledzy!
Zapewne przypadło nam po raz pierwszy w życiu naszym przeżywać Noc Wigilijną Bożego Narodzenia w oddaleniu od ciepła Rodzinnego, od Rodziców, sióstr i braci, od Żon i dzieci i innych nam miłych i bliskich: kolegów, koleżanek. Na obczyźnie, w obcym kraju i obyczaju w dodatku w utracie wolności, jako niewolnicy. Jutro Święto Narodzin Pana Boga Człowieka, który przyszedł na świat, aby oczyścić go od niewłaściwych występków i ułomności przez Miłosierdzie Boże. To nas ujmuje i łączy i każe nam wprost wierzyć w to, że dla każdego z nas jest pozostawione poczesne miejsce przy Stole Wigilijnym w każdym z naszych domów.
Ponieważ nie mamy opłatka, Kochani Koledzy, biorę ten chleb do ręki i Wy też przyjmijcie Go jako Opłatek nasz, tradycyjny, wielkości Bóstwa i Nadziei. I życzę zdrowia Wam, Kochani Koledzy oraz Waszym najbliższymi drogim sercu, tj. Rodzicom ,Siostrom, Braciom, a kto jest żonaty to i Żonom i dzieciom i wszystkim choćby do najstarszych żyjących naszego pokolenia.
Abyście doczekali rychłego powrotu do nich i zastali ich żywych i zdrowych. I wspólnie następne Wigilię i Święta Bożego Narodzenia odchodzili.
Tego Wam z pełni serca i uczuć życzę. Niech każdy z nas myślą przebiegnie tę niebywałą przestrzeń, odległość i w myślach każdego uściśnie i serdecznie ucałuje.”
Po kolei składaliśmy sobie życzenia i łamaliśmy się chlebem.
Nastąpiła wielka chwila uczuć, tak jakby coś ujmowało za serce, wyrównywało, zbliżało każdego z nas do siebie.
Po złożeniu sobie życzeń i duchowo swoim bliskim w oddaleniu zaśpiewaliśmy:
„Wśród Nocnej Ciszy, głos się rozchodzi,
Wstańcie Pasterze, Bóg się Wam rodzi
Czem prędzej się wybierajcie, do Betlejem pospieszajcie
Przywitać Pana, przywitać Pana.”

„Gdy się Chrystus rodzi i na świat przychodzi,
Ciemna noc w jasnościach promienistych brodzi,
Aniołowie się radują, pod niebiosy wyśpiewują
Gloria! Gloria! Gloria!
In excelsis Deo!”

Na ten czas wszedł jakiś cywil, Niemiec ubrany we frak, cylinder i mówi:-„Dodrze, dobrze, Polacy”. Wtenczas koledzy ujęli go na ręce i do góry chcieli go unieść. I tak został uniesiony, że głową uderzył o ten wystający belk żelazny. Cylinder spadł na ziemię, a na czole było widać krew.
Zauważył to wachman, wpadł do sztuby, wypędził tegoż cywila Niemca, a nas do przeznaczonej nam sztuby sypialnej pod klucz i rzekł:
-„Dobranoc”.
Tak skończyła się Wigilijna Noc we wsi Gellin uber Neustettin.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *